Umartwienie nie zmartwienie

Franciszek Kucharczak

|

GN 10/2019

dodane 07.03.2019 00:00

Dobrym sposobem na tuszę jest wcześniejsze wstawanie. Od stołu, oczywiście. To samo może też być dobrym sposobem na duszę.

Umartwienie nie zmartwienie roman koszowski /foto gość

Zaczęło się od problemu. Mąż Grażyny, kochany człowiek, wpadł w nałóg alkoholowy. Sprawa, ukrywana dłuższy czas, zaczęła się dawać we znaki. Żona, szukając pomocy, uświadomiła sobie kiedyś, że Jezus podaje sposób na wyjątkowo uparty rodzaj złych duchów: post i modlitwę. Uchwyciła się tego. Zaczęła pościć w środy i piątki o chlebie i wodzie. – W moim przypadku było to trudne, bo należałam do osób objadających się. Bardzo mi to ciężko szło – podkreśla. Trwało to rok. Grażyna w postne dni czekała do godziny 24.00, a gdy wybiła północ, rzucała się na jedzenie. – To było straszne. Bo liczyłam na swoje siły – opowiada. Aż któregoś dnia zrozumiała: po prostu trzeba poprosić o pomoc Boga. Zwróciła się więc do Niego. – Wtedy nagle cała ta walka ustąpiła. Otrzymałam łaskę postu – mówi. Nie musiała już wypatrywać końca postnej doby.

Jakiś czas później, pewnego piątku krótko przed północą, Grażyna zaczęła przygotowywać sobie jedzenie. Mąż wstał i powiedział ostro: „Jeszcze nie ma dwunastej”. To było nietypowe, bo mąż, mimo nałogu, zawsze był łagodny i rycerski. – Wtedy zaczęłam Boga uwielbiać. Wiedziałam, że tam ktoś już jest na wylocie – śmieje się Grażyna. I rzeczywiście – zmiana przyszła nagle. 13 kwietnia, w czasie nabożeństwa fatimskiego, jej mąż otrzymał łaskę. Później wyjawił Grażynie, że odczuł potrzebę zwrócenia się do Boga i sam zawołał do Niego o pomoc. Od tej chwili nie pije, a zamiast tego codziennie chodzi na Mszę.

Nie jestem zdrutowany

Często tak jest, że o decyzji podjęcia umartwienia przesądza jakiś problem, z którym sobie człowiek nie może poradzić. Dla Piotra było to umieranie maleńkiej córeczki, urodzonej w 24. tygodniu ciąży. To w jej intencji podjął post. Córka przeżyła, jest dziś dorosłą kobietą, a Piotr pości dalej. Poczuł się wezwany do długotrwałego postu o chlebie i wodzie. Otrzymał na to zgodę swojego spowiednika. Bynajmniej mu ten post nie szkodzi, ani na zdrowiu, ani na humorze. Raczej przeciwnie, to wesoły chłop i zdrowy jak ryba. – Jak to jest, że choć ja się dobrze odżywiam, mam gorsze wyniki od ciebie? – zdziwiła się jego żona, gdy porównywała efekty swoich i męża badań lekarskich.

Właściwie nie powinny nas takie rzeczy dziwić. Jesteśmy przecież jednością, a nie ledwie zdrutowanym zestawem duszy i ciała.

Piotr powiedział kiedyś: „Właściwie nie wiem, po co jest post, ale zauważyłem, że gdy poszczę, nie umiem zapomnieć o Bogu”. Czy nie w tym właśnie tkwi sedno łaski umartwienia? Prawdziwe, zdrowe – czyli zgodne z duchem Ewangelii – wyrzeczenie nie jest mordęgą, ale raczej utrzymywaniem siebie w relacji z Bogiem w mocy Ducha Świętego.

To Duch Święty, tuż po chrzcie Jezusa w Jordanie, wyprowadził Go na pustynię i to w Jego mocy Jezus tam przebywał. Znamiennie opisują to ewangeliści. Mateusz: „A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód” (Mt 4,2). Podobnie Łukasz: „Nic w owe dni nie jadł, a po ich upływie odczuł głód” (Łk 4,2). Dziwna rzecz: wynika z tego, że Zbawiciel wcześniej – przez całe czterdzieści dni bez pokarmu – nawet nie czuł głodu!

Tak jest z prawdziwym postem i umartwieniem – to łaska. To Duch Święty człowieka do niej pociąga. Czasem tak radykalnie, że aż z zawieszeniem praw natury. Historia Kościoła zna przypadki osób, które, motywowane wiarą, całymi latami nie przyjmowały pokarmów. Święty Mikołaj z Flüe, Szwajcar, oprócz Eucharystii nie spożywał nic przez 19 lat. Potwierdził to poprzedzający jego beatyfikację proces kanoniczny. „Zawsze pragnął żyć bez jedzenia, aby móc skuteczniej oddzielić się od rzeczy stworzonych” – ujawnił później proboszcz świętego. Słowo klucz: pragnął. A Bóg spełnia pragnienia serca zgodne z Jego wolą. Zwłaszcza że chrześcijańskie „oddzielenie się od stworzenia” nie oznacza ucieczki od życia i bliźnich. Do pustelni Mikołaja ciągnęły tłumy – po modlitwę, po radę, po pociechę. Nikt nie odchodził zawiedziony.

Oczywiście do tak ekstremalnych wyrzeczeń pociągani są tylko bardzo nieliczni. Ale do jakiegoś rodzaju wyrzeczeń wezwani są wszyscy. Bo nie o to chodzi z postem i wszelkim umartwieniem, żeby człowiek chodził głodny i odczuwał rozmaite braki, tylko przeciwnie – żeby doświadczył, jak dalece prawdą jest, że „Bóg sam wystarcza”.

Przyjaciel duszy

Są takie słowa, które pchają się na język jak celebryta przed kamerę. Ot, choćby te o cudzych upadkach. Co z tym zrobić? Mędrzec biblijny radzi: „Posłyszałeś słowo? Niech umrze z tobą! Nie obawiaj się – nie rozsadzi ciebie” (Syr 19,10). Powstrzymanie się od zbędnego, a zwłaszcza szkodliwego mówienia to też umartwienie. Jedno z wielu możliwych. A życie niesie stosowne okazje.

„Dla mnie post to nie tylko ten czterdziestodniowy albo takie rzeczy jak ograniczenie jedzenia słodyczy. To też, na przykład, uśmiechanie się pomimo smutku albo przyjmowanie przykrych słów bez odwetu” – mówi Elżbieta. Podkreśla konieczność łączenia postu z modlitwą, w innym wypadku post byłby trudny do zrealizowania. Ona też, jak Grażyna, podjęła wyrzeczenia w intencji pijącego męża, a także za dzieci, aby nie poszły w jego ślady. Została wysłuchana. Dziś doświadcza błogosławionych skutków łaski, jaką Bóg wylewa na jej rodzinę. I w dalszym ciągu podejmuje umartwienia. – Pokochałam ten sposób wypraszania łask. Z biegiem czasu zauważyłam, że post to przyjaciel duszy. Dla mnie, dla męża, dla dzieci to jest radość – cieszy się.

Wszystko jest okazją

O znaczeniu pokuty i umartwienia przypomniała chrześcijanom Maryja w objawieniach fatimskich. „Z wszystkiego, co tylko możecie, zróbcie ofiarę jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi On jest obrażany, i dla uproszenia nawrócenia grzeszników” – powiedziała dzieciom w Fatimie. Te małe dzieci na sobie samych pokazały, że to możliwe – na przykład znosząc w tej intencji pragnienie, gdy w skwarze pasły owce. Właściwie nie było sytuacji, z której Łucja, Hiacynta i Franciszek nie zrobiliby pokutnego użytku. Gdy Łucja odwiedziła Hiacyntę w szpitalu, zastała ją „radosną jak zwykle”. Uściskały się. – Bardzo cierpisz? – zapytała Łucja. – Tak, ale ofiarowuję to za grzeszników i jako wynagrodzenie Niepokalanemu Sercu Maryi – odpowiedziała dziewczynka z łóżka.

W 1943 roku Łucja, już jako karmelitanka, napisała: „Bóg pragnie, aby duszom wyjaśnić, że prawdziwa pokuta, której On obecnie żąda, to przede wszystkim ofiara z wypełniania naszych religijnych i codziennych obowiązków”.

Chodzi więc o takie rzeczy jak wysłuchiwanie dzieci mimo zniecierpliwienia, staranność w wykonywanej pracy pod prąd zmęczenia, ograniczenie wydawania pieniędzy na swoje sprawy i przeznaczenie oszczędności dla potrzebujących, wysiłek skupienia podczas Mszy i modlitwy.

– W umartwieniu chodzi o to, żeby zbliżać się do Boga, do nieba. To taki trening duchowy – zauważa Laurent, Francuz mieszkający w Polsce. Podkreśla, że to mogą być rzeczy małe, ale wykonywane regularnie. – No i ważne, żeby moje umartwienia nie były „umartwieniem” dla innych – dodaje, przywołując żart o człowieku, który pościł, odmawiając sobie palenia. Tak był jednak przez to zrzędliwy, że gdy z żoną znaleźli się u bramy nieba, święty Piotr ją przepuścił, a jego zatrzymał. „Przecież pościłem!” – zdziwił się facet. „A ona to znosiła” – odpowiedział apostoł.

Odwagi, nie nadwagi

Cywilizacja Zachodu ma problem z nadmiarem, czego symbolem jest nadwaga. Popularnym sposobem na to są siłownie. Ludzie wydatkują w nich mnóstwo energii, żeby zrzucić tłuszcz, w który wcześniej, nakładem mnóstwa energii, obrośli. Każdy rozumie, że dla spraw ciała warto wylać sporo potu. Wielki pot jest powszechnie zrozumiały. Wielki Post już nie. I jakikolwiek post. I wszelkie umartwienie. „Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych” – mówi Jezus (Łk 21,34). Ciekawe: jedzenie i picie w nadmiarze mają więc niekorzystny wpływ nie tylko na żołądek, ale też na to, co wyraża serce: na coś najgłębszego i najbardziej osobistego. Kto więc „uważa na siebie” i podejmuje post, będzie żył z lżejszym sercem, z większym dystansem do trosk doczesnych.

Umartwienia nie są zatem dla świadomego chrześcijanina opcją. To konieczność. „Droga do doskonałości wiedzie przez krzyż. Nie ma świętości bez wyrzeczenia i bez walki duchowej (por. 2 Tm 4). Postęp duchowy zakłada ascezę i umartwienie, które prowadzą stopniowo do życia w pokoju i radości błogosławieństw” – czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego.

Życie w pokoju i radości jako skutek ascezy – ot, paradoks umartwienia: człowiek wyrzeka się tego, co lubi, a otrzymuje to, co kocha. •

Tagi: