Najwięcej ran otrzymał Jezus w czasie biczowania. Całe Jego ciało zostało zmasakrowane. Ciało Chrystusa to… Kościół.
Biczowanie Chrystusa. William-Adolphe Bouguereau, 1880 r.
Z rękojeści wychodziły trzy rzemienie, każdy zakończony metalowymi kulkami z zadziorami. Kulki, uderzając o ciało, wyrywały z niego kawałki skóry. To flagrum – bicz używany do kary chłosty na sposób rzymski. Limit uderzeń? Nieokreślony. „Procedurze” z użyciem tego narzędzia został poddany Jezus, przywiązany do kolumny w jerozolimskim pretorium.
„Niejednego już biednego grzesznika zabiczowali na śmierć przy tym słupie” – powie na początku XIX wieku niemiecka mistyczka bł. Anna Katarzyna Emmerich. To jej nadprzyrodzone wizje męki Chrystusa posłużyły Melowi Gibsonowi za scenariusz słynnego filmu „Pasja”. One też uświadomiły chrześcijanom ostatnich stuleci, że męka Chrystusa była przeraźliwie krwawa i bolesna, trudna do zniesienia nawet dla przeciętnie wrażliwych widzów.
Ewangeliści nie mówią o tym wiele. Piłat „kazał Jezusa ubiczować” – czytamy. Pod tym zwięzłym sformułowaniem kryje się trudna do wyobrażenia tortura. Gdy swoje tajemnice zaczął odsłaniać Całun Turyński, poznaliśmy budzące grozę szczegóły. Ciosy zadawali dwaj ludzie, stojący po bokach ofiary. Straszne rzymskie bicze, spadając na ciało, owijały się wokół tułowia i powodowały wyrwy także z boków i z przodu. Rzemienie pozostawiły na ciele skazańca 120 śladów smagnięć, a każde z nich oznaczało kilka ran spowodowanych metalowymi zakończeniami. Ślady na całunie sugerują, że oprawcy bardzo się w swoją robotę zaangażowali. Bili tak, jakby chcieli pokryć ranami całe ciało Jezusa – i rzeczywiście to zrobili. Na całunie można się tych ran doliczyć ponad sześćset. Po biczowaniu Zbawiciel stał się właściwie jedną wielką raną.
Męka nad śmierć
– Co to za ludzie się tak znęcali? Psychopaci jacyś? – rodzi się w człowieku pytanie. Hm, istnieje obawa, że to… my.
Naiwnością byłoby sądzić, że Jezus, realnie cierpiąc za grzechy wszystkich ludzi wszystkich czasów, był w istocie maltretowany wyłącznie przez kilku ludzi swoich ziemskich czasów. I że ból, jaki odczuwał, pochodził tylko z mechanicznego kontaktu elementów bicza ze skórą. To nie metafora, lecz przerażająca prawda, która dziś dociera do nas wyraźniej niż kiedykolwiek: my też mamy udział w biczowaniu Jezusa.
Pewnej nocy 1935 roku w wileńskim klasztorze Bóg odsłonił tę prawdę świętej Faustynie. „Kiedy przyszłam na adorację, zaraz mnie ogarnęło wewnętrzne skupienie i ujrzałam Pana Jezusa przywiązanego do słupa, z szat obnażonego, i zaraz nastąpiło biczowanie” – zapisała zakonnica. Zobaczyła czterech mężczyzn, na przemian siekących biczami Zbawiciela. „Cierpię jeszcze większą boleść od tej, którą widzisz” – usłyszała po chwili. „I dał mi Jezus poznać, za jakie grzechy poddał się biczowaniu, są to grzechy nieczyste”.
Wtedy nastąpiło coś, co Faustynę zszokowało. „Wtem rzekł mi Jezus: »Patrz i zobacz rodzaj ludzki w obecnym stanie«. I w jednej chwili ujrzałam rzeczy straszne: odstąpili kaci od Pana Jezusa, a przystąpili do biczowania inni ludzie, którzy chwycili za bicze i siekli bez miłosierdzia Pana. Byli nimi kapłani, zakonnicy i zakonnice, i najwyżsi dostojnicy Kościoła, co mnie bardzo zdziwiło, byli ludzie świeccy różnego wieku i stanu; wszyscy wywierali swą złość na niewinnym Jezusie” – napisała święta. Chciałoby się rzec: katolicy w pełnej reprezentacji. Wstrząśnięta tym obrazem Faustyna tak opisuje reakcję Zbawiciela: „Kiedy Go biczowali kaci, milczał i patrzył w dal, ale kiedy Go biczowały te dusze, o których wspomniałam wyżej, to Jezus zamknął oczy i cicho, ale strasznie bolesny wyrywał się jęk z Jego serca”. Wtedy usłyszała: „Widzisz, oto jest męka większa nad śmierć Moją”.
Pokorna, nieuczona zakonnica drugiego chóru nigdy nie odważyłaby się prowadzić „Dzienniczka”, a tym bardziej zapisywać w nim takich rzeczy, gdyby nie wyraźne polecenie Jezusa, potwierdzone przez kierownika duchowego i spowiednika. Można, rzecz jasna, zbyć relację świętej pogardliwym prychnięciem: „objawienia prywatne”. Dziś widzimy jednak, że w tym, co Faustyna widziała i co ją samą „bardzo zdziwiło”, nie było żadnej przesady. Informacje o nieczystych grzechach ludzi Kościoła wyciekają z ekranów i głośników, i z łamów gazet. Widzimy, że naprawdę cuchnąca ciecz grzechów, nawet w ich najohydniejszej wersji – krzywdy wyrządzonej najmniejszym – oblepiła wyznawców Jezusa na wszystkich poziomach struktur kościelnych, nie omijając dostojników w purpurze.
Nasza robota
Przez wieki chrześcijanie podkreślali, że mękę Jezusowi zgotowali „Żydzi”, sugerując tym samym, że my, ochrzczeni, nie mamy z tym nic wspólnego. Bo my jesteśmy lepsi, czyści. My byśmy Jezusa bronili, nie dalibyśmy Nim poniewierać, własną piersią byśmy Go zasłonili. Wizja Faustyny pokazuje, że to złudzenia. My bardziej odpowiadamy za mękę Jezusa niż ci, którzy nie wiedzą, co czynią. Oprawcy byli pewnie przypadkowymi ludźmi, może niewolnikami, wykonywali odgórne zlecenie. My, chrześcijanie, biczujemy Jezusa dobrowolnie. Odległości czasowe w rzeczywistości duchowej nie mają znaczenia. Grzech popełniony kiedykolwiek spada realnie na ciało Jezusa, biczowanego około roku 33 w jerozolimskim pretorium. Fakt, że jesteśmy członkami Kościoła, nie stanowi dla nas usprawiedliwienia – przeciwnie: zwiększa naszą odpowiedzialność. „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą” – te słowa Jezusa nie pozostawiają wątpliwości: u Boga nie ma punktów za pochodzenie, a tym bardziej nie ma premii za udzielone łaski. Są punkty za skruchę i żal. Za szczerą wolę powrotu do przyjaźni z Bogiem, za prawdziwe intencje, za wynikające z nich czyny miłosierdzia. Serce się liczy.
To łaska – być członkiem Kościoła. Otrzymać łaskę to szczęście, ale nie współpracować z nią – nieszczęście. To radość – być blisko Jezusa, rozpacz – zdradzać Go. Nie można zdradzić, gdy się jest w obozie przeciwnika. Zdrajca to ktoś zaufany, dopuszczony do tajemnic, obdarzony odpowiedzialnymi zadaniami. Zdrada boli dużo bardziej niż agresja jawnego wroga. I szkodzi dużo bardziej. Tak boli i szkodzi fałszywe świadectwo chrześcijan. To głównie przez nie „poganie bluźnią imieniu Boga”: przez wykrzywianie Ewangelii, naginanie nauki Kościoła do potrzeb wynaturzonych ideologii, lekceważenie jednoznacznych wskazań Jezusa, wykpiwanie cnót, błogosławienie grzechów. Jezus cierpi z powodu urazów, ale to nic wobec bólu zadanego niewdzięcznością „dusz wybranych”. To o nas chodzi – o „ludzi Chrystusa”. To my ranimy Zbawiciela najbardziej.
„Ach, serce, któreś mnie przyjęło rankiem, w południe pałasz nienawiścią przeciw mnie pod najrozmaitszymi postaciami. Ach, serce przeze mnie szczególnie wybrane, czy na to, abyś mi więcej zadawało cierpień? Wielkie grzechy świata są zranieniem serca mego jakby z wierzchu, ale grzechy duszy wybranej przeszywają serce moje na wskroś” – żali się Jezus Faustynie.
Zostawimy Go?
Wielu jest ochrzczonych, którzy zgorszenia w Kościele wykorzystują jako okazję, żeby Kościół opuścić. Robią to w glorii szlachetnego protestu, zapominając o własnych winach albo udzielając sobie rozgrzeszenia z użyciem formuły: „Skoro oni takie rzeczy, to co tam moje grzeszki”. Odchodzą więc, nieświadomi, że to nie zepsutych pasterzy opuszczają, lecz Jezusa. Zostawiają Zbawiciela przy słupie, w kałuży krwi, której każda kropla może ocalić świat. Oddalają się od źródła swojego zbawienia, pogłębiając chaos we własnych duszach i powiększając ból Syna Człowieczego.
Co to za logika? Mają porzucić grzech, a oni porzucają Kościół. Nic w ten sposób nie naprawiają, realizują za to podstępny plan Nieprzyjaciela, który najpierw chce oddzielić owcę od stada. Może potem taki buntownik wykrzykiwać dowolny manifest sprzeciwu, może pójść w marszach czarnym i tęczowym, wszcząć rewolucję społeczną i seksualną – nie wie, że manifestuje na rzecz własnej zguby.
Do kogo pójdą ci, którzy porzucają Jezusa? Nikt poza Nim nie ma słów życia wiecznego. Z dala od Zbawiciela jest tylko szum informacyjny, zagłuszający wyrzuty sumienia. Są tam nauczyciele fałszywej moralności, przyjemnej dla ucha, ale wydającej gorzkie owoce. Są „edukatorzy”, pogubieni bardziej od swoich uczniów. Są systemy zastępujące Ewangelię, oferujące tandetne zbawienie własnego wyrobu, łatwe, szybkie i przyjemne, ale chwilowe i jałowe jak przygodny seks bez zobowiązań. Jest religia użycia i wyżycia, która odwieczne ludzkie słabości stroi w atrakcyjne szaty nowoczesności i sprzedaje jako coś nowego, wartego nabycia. Kto się na to skusi, zawsze zostaje z pustym sercem, frustracją i pretensjami do całego świata. Ucieczka od cierpiącego Zbawiciela bynajmniej nie zapewnia oddalenia od siewców zgorszenia. Kto tego spróbuje, rychło się przekona, że – o paradoksie – tamci biegną razem z nim. Gorszyciele pierwsi się od Chrystusa oddalili, nawet jeśli formalnie pozostają w Kościele. Bo w istocie człowieka oddala od Boga grzech – decyzja zdrady. I to on rani Ciało Chrystusa – czyli Kościół.
Słup ocalenia
To grzech, który nas zwodzi, jest całym nieszczęściem rodzaju ludzkiego. Zwodzi, bo udaje dobro, a gdy człowiek się w to „dobro” zaplącze, staje się jak mucha w pajęczynie. Każdy ruch pogarsza jego sytuację. Dla ocalenia takich nieszczęśników Jezus toczy walkę przy słupie biczowania. Cierpi za Judaszów całego świata, żeby opamiętali się choćby u bram otchłani i rzucili w Jego ramiona. Dopóki tli się w nich życie, póki pętle nie zacisną się na ich szyjach, póki rozpacz ich nie zadusi, wciąż jest dla nich nadzieja. Wszystkich nas to dotyczy, bo kto nigdy nie zdradził, niech pierwszy rzuci kamień.
Każdy cios, który spadł na Jezusa, oznacza kolejny wysiłek Bożego miłosierdzia. Mówi o tym w proroczej wizji o cierpiącym Słudze Jahwe Izajasz. „Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas”. Dla nas. Dla naszego zbawienia. •
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.